PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Drakula – Netflix & BBC One

[RECENZJA] Drakula – Netflix & BBC One

Duet brytyjskich scenarzystów odpowiedzialnych za połowicznie udaną reinterpretację przygód Sherlocka Holmesa z początkiem roku powrócił z nowym projektem – tym razem zakładającym odświeżenie innej postaci rodem z XIX-wiecznej literatury brytyjskiej. Po najsłynniejszym detektywie, przyszła kolej na najsłynniejszego wampira, Drakulę.

Kilka lat temu, gdy Steven Moffat i Mark Gatiss uchodzili jeszcze za telewizyjnych wizjonerów, powyższa zapowiedź zapewne sugerowałaby następny hit i na papierze wyglądała na istny samograj. Dziś, po bolesnym zjeździe Sherlocka od BBC, który przeszedł drogę od jednej z ciekawszych adaptacji prozy Arthura Conana Doyle’a do wykpiwanego fan fiction, pomysł z braniem przez nich na warsztat powieści Brama Stokera musiał jednak budzić bardziej ambiwalentne odczucia.

Zresztą nie tylko dlatego, że obaj showrunnerzy ewidentnie obniżyli loty, ale także ze względu na to, jak mocno przeżutym przez kino i telewizję bohaterem jest hrabia Drakula. O ile Holmes, pomimo licznych ekranizacji, nadal potrzebował twarzy – Peter Cushing odznaczył się de facto jednym filmem, Robert Downey Jr zbyt odstawał od powszechnie przyjętego wizerunku detektywa, żeby trwalej utożsamiać go z tą rolą, a Basil Rathbone jawi się niemalże jako mityczna istota, którą mało kto widział w akcji – o tyle Książę Ciemności miał ich aż nadto. Inkarnacje Maksa Schrecka, Beli Lugosiego, Christophera Lee, Klausa Kinskiego czy Gary’ego Oldmana z różnych powodów wciąż znajdują swoich fanów. Można zaryzykować tezę, że każda z osobna odcisnęła większy ślad na popkulturze niż wszystkie aktorskie wersje Sherlocka razem wzięte. Oczywiście do czasu Benedicta Cumberbatcha, czy tego chcemy czy nie.

Moffat i Gatiss mieli zatem niezwykle utrudnione zadanie. Przyszło im mierzyć się nie tylko z ważną książką Stokera i szeregiem głośnych filmów nakręconych na jej podstawie, ale również z widmem ich serialu o detektywie z 221B Baker Street, do którego siłą rzeczy netfliksowy Drakula jest i będzie porównywany. Niejako na własne życzenie twórców. Tym, co zdaje się, że przyświecało im w trakcie pisania scenariusza, było bowiem powtórzenie tej sprawdzonej formuły. Starając się unowocześnić legendę o klasycznym wampirze i wnieść do niej coś nowego, nie wzięli jednak pod uwagę faktu, że Van Helsing to nie do końca Holmes, a Drakula nie równa się Moriarty’emu.

Trzyodcinkowa produkcja w bardzo luźny sposób adaptuje materiał źródłowy, odrzucając jego staroświecki, przygodowo-gotycki charakter na rzecz narracji, obfitującej w intertekstualne zabiegi i zwroty akcji, które do pewnego momentu tak skutecznie działały w Sherlocku. Bohaterowie, spełniający w oryginale podstawowe funkcje fabularne, zostali odłożeni do lamusa i zastąpieni swoimi pozornie pełnokrwistymi (heh), ale w praktyce mniej wyrazistymi wariacjami. Clou historii nie jest już walka dobra ze złem per se, a raczej rozwiązanie zagadki związanej ze słabościami Drakuli (w tej roli Claes Bang).

Pomysł, żeby znaleźć punkty wspólne dla wszystkich rekwizytów typowych dla opowieści o krwiopijcach – krzyży, luster, słońca – pcha serial w stronę opartego na skomplikowanym śledztwie kryminału, którym ten… finalnie nigdy się nie staje. Do odpowiedzi na pytanie co stanowi źródło lęków hrabiego, Moffat i Gatiss prowadzą widza okrężną drogą, a ostateczne wnioski protagonistki granej przez Dolly Wells zamiast sprawiać wrażenie satysfakcjonującego wytłumaczenia wampirzych zachowań, przypominają rzucone na szybko domysły. Fabularnie pokrętnie uzasadnione, ale nadal mało przekonujące. Co gorsza, Drakula w drugim odcinku dzieli się swoją teorią na ten temat i ma ona znacznie więcej sensu oraz jest zwyczajnie bardziej interesująca od tej, w którą każą nam wierzyć scenarzyści!

Każdy kolejny epizod, choć wynikający z poprzedniego, mógłby funkcjonować jako samodzielny film. Inauguracyjny, niczym klimatyczne horrory Hammera, rozgrywa się w gotyckiej scenerii zamku i klasztoru. Drugi, wciąż osadzony w epoce wiktoriańskiej, opowiada o załodze płynącego do Anglii statku, która na szerokim morzu próbuje ustalić tożsamość terroryzującego ich mordercy. Trzeci i ostatni przenosi akcję do 2020 roku, w którym tytułowy wampir uczy się życia w dobie mediów społecznościowych. Całość spaja trwający grubo ponad sto lat konflikt na linii Drakula-Van Helsing.

Otwierające sceny podpowiadają, że wizja dwójki showrunnerów leży najbliżej tej zaprezentowanej przez Francisa Forda Coppolę. Wygląd hrabiego, jego posiadłość i animalistyczna natura mogą wszak przywodzić na myśl ekranizację z 1992 roku. Im dalej w las, tym większe widać jednak inspiracje wspomnianymi obrazami studia Hammer, które w latach 1958-1974 wypuściło do kin dziewięć części serii o Księciu Ciemności. To właśnie tam Drakula po raz pierwszy trafił do czasów współczesnych i zmierzył się w nich z potomkiem rodu Van Helsing. Zbieżności wcale się na tym nie kończą – niektóre ze scenariuszowych rozwiązań pokrywają się w obu tekstach, a scena starcia w finale serialu jest w zasadzie skopiowana żywcem z zakończenia Horroru Draculi.

Sam Bang także wydaje się czerpać garściami z kreacji słynnego Christophera Lee. Abstrahując już od fizycznego podobieństwa, z analogiczną klasą balansuje między byciem dystyngowanym, magnetyzującym arystokratą a bezwzględną i krwiożerczą bestią. W ogólnym rozrachunku przerasta produkcję Netfliksa i BBC One. Pozostaje jedynie żal, że nie przyszło mu zagrać Drakuli w innych okolicznościach. Wells również spisuje się nieźle, imponuje pewnością siebie i zadziornością, dając poważne argumenty za tym, że zamysł stojący za jej postacią był jak najbardziej słuszny.

Mimo to zarówno jej, jak i Banga starania spełzają na niczym, gdy autorzy wkładają im w usta tak koszmarne dialogi… Bohaterowie przerzucają się błyskotliwymi komentarzami, które w nadmiarze zupełnie tracą swój urok i szybko zaczynają irytować. Prawie wszystkie wymiany zdań zawierają infantylne gry słów dotyczące picia krwi – zabieg godny Mistera Freeze’a, który w niesławnym Batmanie i Robinie nie mógł powstrzymać się przed nawiązywaniem do lodu. Moffat i Gatiss jakby za wszelką cenę chcieli udowodnić, że ciągle mają dryg do pisania, a trafione w dziesiątkę pomysły na Sherlocka czy też Moriarty’ego nie były tylko zasługą przypadku lub doskonałego castingu.

Reasumując, ich Drakulę ciężko traktować jako powiew świeżości, bo nowe elementy tej historii albo nie są… szczególnie nowe, albo zostają zmarnowane przez pogrążających się w samouwielbieniu scenarzystów. Jako horror sprawdza się zaś wyłącznie częściowo. Nieliczne fragmenty zdradzają kreatywność i w lepszej produkcji możliwe, że przyprawiałyby o ciarki, ale tutaj – w najbardziej fanserwisowej adaptacji książki Stokera ze wszystkich dotychczasowych – ulatniają się z nich całe napięcie i groza. Jeśli tak ma wyglądać opowieść o postrachu Transylwanii w XXI wieku; jeśli nie udaje się jej ani zaskakiwać, ani straszyć, to weźmy to za znak, że należy dać hrabiemu spokój i zamknąć go na dłuższy czas w wygodnej trumnie. Przynajmniej dopóki Robert Eggers nie wznowi prac nad swoim remake’iem Nosferatu

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Mroczne Umysły

No i jak było w Hawkins? Znowu potwory, znowu tajne laboratoria i znowu masa palców …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *