PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Czarodziejki W.I.T.C.H. Księga 1

[RECENZJA] Czarodziejki W.I.T.C.H. Księga 1

Jako chłopiec wychowany w takiej, a nie innej kulturze, z jawnym pobłażaniem traktującej muzykę, filmy czy literaturę skierowane nawet nie tyle do dziewczynek, co do kobiet ogólnie, do W.I.T.C.H. podchodziłem w dzieciństwie ze sporym dystansem. Gdy na punkcie serii o przygodach nastoletnich czarodziejek wybuchł w Polsce chwilowy szał, w małym stopniu jednak w nim uczestniczyłem, oglądając emitowaną w telewizji animację na jej podstawie. Po części z braku laku i mniejszego dostępu do młodzieżowych historii niż dotychczas, a po części także z faktycznego zainteresowania. Świat stworzony przez Elisabettę Gnone miał w sobie w końcu wystarczająco dużo kreatywności, by zadziałać wówczas na wyobraźnię. Czy dorosłemu czytelnikowi wciąż może zaoferować cokolwiek poza uczuciem nostalgii?

Sam fakt, że wydawnictwo Egmont zdecydowało się na wznowienie W.I.T.C.H. w efektownych, grubych tomach w twardej oprawie, mimo moich mglistych wspomnień związanych z tym cyklem, zapewne nie wzbudziłby we mnie większego entuzjazmu, gdyby nie lawina euforycznych wręcz reakcji, które pojawiły się w odpowiedzi na tę wiadomość. Nagle, obserwując to, co zadziało się w mediach społecznościowych, przekonałem się, że komiksy o Will, Irmie, Taranee, Cornelii i Hay Lin oraz stojący za nimi twórcy (m.in. rysownik Alessandro Barbucci) do dziś cieszą się niezwykle dobrą opinią wśród osób w każdym wieku. Żal byłoby zatem ich nie sprawdzić.

Punktem wyjściowym W.I.T.C.H. nie różni się zbytnio od rozmaitych historii superbohaterskich czy tych z gatunku young adult. Ot, grupka młodych dziewczyn (z których każda jest zarysowana dość grubą kreską, by spełniać w zespole inną fabularną funkcję) zostaje „wybrana” na nowe Strażniczki, których zadanie polega na obronie tajemniczej Sieci, przez którą do ich miasteczka przedostają się potwory ze złowrogiego Meridianu. Bohaterki muszą więc w ekspresowym tempie opanować nowe moce i nauczyć się współpracy, próbując jednocześnie bez rodzenia podejrzeń wieść w miarę normalne życie – chodzić do szkoły, utrzymywać dobre relacje z rodziną. Jak nic, typowe origin story.

W kwestii samego budowania świata można oczywiście przyczepić się do panujących w nim, bardzo luźnych zasad (np. faktu, że zdolności bohaterek objawiają się nagle i są przy tym tak szerokie, że potrafią wyciągnąć je z nawet największych tarapatów), ale nie odbierają mu one uroku. Motywacje obu stron konfliktu zostały bowiem przedstawione zgrabnie i przejrzyście, dzięki czemu nie stanowią wyłącznie fantastycznego dodatku do sympatycznych, obyczajowych perypetii.

Tak jak już wspomniałem, postacie wpisują się w pewne archetypiczne ramy, co w fantasy skierowanym stricte do dorosłego byłoby problemem, lecz tutaj, obudowane nienachalnym humorem i lekkością, jest do zaakceptowania. Różność ich charakterów sprzyja temu, by więcej nastoletnich odbiorców mogło z którymś się utożsamić. Will to „ta nowa”, która dopiero przyjechała do Heatherfield – czuje się zatem wyobcowana i nie do końca rozumiana. Irma obraca wszystko w żart i wydaje się roztrzepana, ale nie sposób jej nie polubić. Taranee to prymuska i głos rozsądku, a Hay Lin wulkan pozytywnej energii. Cornelia jawi się z kolei jako najbardziej wyniosła i pewna siebie z całego tego grona. Nic dziwnego, że tyle polskich czytelniczek widziało w nich swoje odbicie.

Zebranie serii w tej formie było świetnym pomysłem i umożliwiło uzupełnienie historii o suplementy. Znajdziemy tu nie tylko obowiązkową prezentację i opisy głównych bohaterek, ale także wspominkowy wstęp pióra Agnieszki Wielądek, redaktorki pisemka W.I.T.C.H., ukazującego się w Polsce od 2002 do 2015 roku – nie przekartkujcie go, to naprawdę ciekawy materiał o sporej sentymentalnej wartości, kreślący kontekst, z którym dobrze zaznajomić się przed startem czytania. Fabuła jest zaś na tyle wartka i dynamiczna, a rysunki tak ekspresyjne i schludne, że blisko czterysta stron lektury nie powinno zmęczyć nawet najmłodszego czytelnika. Jedyne uwagi jakie mam więc do wydania wiążą się z niezbyt estetycznym grzbietem (niewypośrodkowany napis Czarodziejki psuje kompozycję) oraz doborem fontu na okładce i tyle tomu (nijak niepasującego do klimatu całości).

Na zakończenie dodam, że dostrzegam jeszcze jeden czynnik, który mógł przyczynić się do sukcesu W.I.T.C.H. w naszym kraju – podobieństwo do Sailor Moon (przejawiające się choćby w scenach transformacji w czarodziejki czy ogólnie w inspirowanej mangową stylistyką kresce), które rodzimym fenomenem stało się ledwie parę lat przed powstaniem serii Gnone. Dla moich rówieśników, czyli osób, które urodziły się trochę za późno, by doświadczyć księżycowej manii na własnej skórze, przygody Will i spółki mogły być swego rodzaju namiastką tamtych wrażeń, jeśli nie pełnoprawnym przekazaniem sztafety.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Catwoman: W blasku księżyca

Mniejszy format, nazwisko scenarzystki i podtytuł rzucające się w oczy bardziej od tytułu, niewielkie logo DC sprawiające wrażenie, jakby nie powinno go tu być - wszystko to wręcz krzyczy nie oczekujcie typowego komiksu superbohaterskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *