PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / Czarny Młot ’45 [RECENZJA]

Czarny Młot ’45 [RECENZJA]

Prawdopodobnie niewielu jest w tym kraju czytelników, którzy darzą dzieło Jeffa Lemire’a taką miłością jak ja. „Czarny Młot” towarzyszy mi już od kilku lat i nadal podtrzymuję swoją kontrowersyjną tezę o byciu współczesnym odpowiednikiem „Strażników”. Postmodernistyczne podejście do tematu, obarczenie posągowych wręcz postaci ludzkimi problemami, masa odniesień dla ciekawskich no i autonomiczność opowiadanej historii.  I tak jak w przypadku komiksu Moore’a, Młot również doczekał się serii spin-offów, kontynuacji i crossoverów. Te wahały się swym poziomem od zadowalających po wręcz obraźliwe. Niestety, w obu przypadkach. Gdzie zatem na tej skali plasuje się „Czarny Młot ’45?”

II Wojna Światowa trwa w najlepsze. Jak przystało na komiksową wariację konfliktu światowego, na Ziemi stopniowo zaczęli pojawiać się ludzie obdarzeni super mocami. Oczywiście nie zawsze wspierają oni tę jedyną słuszną stronę, dlatego strona amerykańska powołuje do życia elitarny Szwadron Czarnego Młota. Ich zadaniem będzie odnajdywanie i likwidowanie wszelakich ponadnaturalnych zagrożeń dla względnego ładu na świecie. Zarówno z powietrza, jak i z poziomu gruntu. Korzenie tego konceptu osadzone są jeszcze w komiksach z lat 40-tych i 50-tych, które starały się jednocześnie podnieść na duchu spragnionych rozrywki czytelników, oraz posłużyć na subtelną propagandę wojenną. Gdyby w tamtych czasach w kioskach pojawiły się kolejne zeszyty „Czarnego Młota ‘45” wojny odechciało by się wszystkim, lub za główne siły sprawcze globalnego konfliktu uznano by autorów.

Jedną z cech charakterystycznych historii obrazkowych z czasów wojennych był metraż. Zazwyczaj były to komiksy zawierające kilkustronnicowe opowieści, których lektura zajmuje dosłownie dwie chwile. „Czterdziestka piątka” zdaje się czerpać i z tego elementu, jednak w całkowicie błędny sposób. Scenarzyści rzadko kiedy pozwalają sobie na opisanie świata przedstawionego, zarysowanie postaci czy osi konfliktu. Byle szybko, byle wszystko odhaczyć, byle do końca. Dlatego z każdym zagrożeniem konfrontujemy się przez chwilę, bohaterów ledwie kojarzymy po imieniu a o sposobie funkcjonowania organizacji nadal nie wiemy nic. Przez to wszystko całość ulatnia się z pamięci gdy tylna okładka styka się z ostatnią stroną i gdyby nie wszechogarniająca niechęć to nie zebrałbym się nawet do napisania tej recenzji.

Gdyby jednak był to projekt poboczny realizowany przez jakiegoś scenarzystę z łapanki, przymknąłbym na to oko. Jednakże „Czarny Młot ‘45” sygnowany jest nazwiskiem autora oryginału. Jakim cudem człowiek tak zdolny jak Lemire wprowadził na rynek coś tak niskich lotów? Gdyby był to projekt, który nie wyewoluował jeszcze do swojej ostatecznej formy, pozbawiony wciąż wielu kluczowych później elementów, wszystko byłoby ok. Oczywiście o ile komiks wciąż tkwiłby w szufladzie autora. Boli to tym bardziej, że widać tu niejednokrotnie elementy kina i komiksów exploitaion, które aż proszą się o większe popuszczenie hamulców i odrobinę szaleństwa. Niestety najciekawsze pomysły nie zostają rozwinięte a nam zostaje liczyć po cichu, aby wróciły kiedyś na łamach innego komiksu z tego uniwersum.

Wrażenie klecenia historii naprędce i na kolanie potęguje też specyficzna oprawa graficzna całego tomu. Nie wiem czyim pomysłem było wydanie niczym gotowego tomu szeregu szkiców i storyboardów, ale to coś z czym musimy się pogodzić. Choć jestem w stanie zrozumieć wszelaką stylizację, szczególnie w komiksach oddających ducha minionych epok, nie potrafię pojąć co stało za tym wyborem estetycznym. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, aby tak jak Scott Koblish w „Deadpoolu” śmiało wzorować się na kresce sprzed lat, jednocześnie oddając jej hołd jak i pozwolić sobie na nieco szydery. Ale cóż, możliwe że Matt Kindt miał na narysowanie całego tomu kilka godzin, a ja jestem zbyt krytyczny wobec efektu jego pracy. Nawet jeśli, to wydawca powinien informować o tym fakcie. Najlepiej na okładce. Dużym fontem.

Z ogromnym żalem napisałem poprzedni akapity oraz piszę ten. Ogrom miłości do serii Lemire’a nie przysłoni jednak faktu jak mierną publikacją jest „45”. Nie jest to ani ciekawy suplement do pierwotnej serii ani stojąca na własnych nogach integralna całość. Choć mogę się domyślić co kierowało autorem by wpaść na pomysł Czarnego Młota w czasach II Wojny Światowej, to nawet nie chcę wiedzieć co nim kierowało aby przybrał on taką formę.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA]Czarny Młot – Era Zagłady

Bycie Millenialsem nie jest usłane różami. Fakt, mamy ogólnodostępne Wi-Fi, wegańskie knajpki i kawiarnie z …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *