PANTEON / CYKLICZNE / [CYKL] Mity Cthulhu w Uniwersum Komiksu Cz. 4 – Where’s My Shoggoth?

[CYKL] Mity Cthulhu w Uniwersum Komiksu Cz. 4 – Where’s My Shoggoth?

Nekro­man­cja, sza­leń­stwo i zło­wro­gie pra­dawne bestie to tematy, które zwy­kle - a u swego Love­cra­ftow­skiego źró­dła w szcze­gól­no­ści - nie nano­szą na twa­rze czy­tel­ni­ków sze­ro­kich uśmie­chów. I słusz­nie. Nie powstały prze­cież po to, by bawić. Stwo­rzono je by ci z nas, któ­rzy uczu­cie stra­chu koja­rzą z przy­jem­no­ścią, odha­czyli w men­tal­nym słow­niku kilka nowych, prze­ra­ża­ją­cych zja­wisk.

Każdy balon ma jed­nak swą wytrzy­ma­łość i gdy napom­po­wany zostaje wystar­cza­jąco dużą dawką powagi, natych­miast mnożą się „uczynne szpile” pra­gnące uszczu­plić tro­chę jego obję­tość. To jedno z nie­pi­sa­nych pra­wi­deł popkul­tury. Zbio­rowy kon­su­ment dąży do zaspo­ko­je­nia uczuć pły­ną­cych z obu emo­cjo­nal­nych bie­gu­nów. Pew­nie dla­tego dziś w opi­sach gatun­ko­wych czę­sto dostrzec można połą­cze­nie horror-komedia. Cza­sem ozna­cza ono pro­jekt autor­ski (jak na przy­kład fil­mowa Armia Ciem­no­ści Sama Raimiego) a kiedy indziej paro­dię zna­nych z popkul­tury moty­wów grozy (przy­kład z naszego podwórka: Wam­pir z M3 Andrzeja Pili­piuka). Ele­menty Love­cra­ftow­skiej mito­lo­gii Cthulhu rów­nież były inspi­ra­cją dla licz­nych, bar­dziej lub mniej uda­nych paro­dii: fil­mów, komik­sów, logo­ty­pów oraz sze­roko poję­tych gadżetów.

Wła­śnie do kate­go­rii gadże­tów (lub w osta­tecz­no­ści art-booków) zali­czył­bym wydaną w 2012 roku przez ame­ry­kań­ską firmę Archaia opo­wiastkę, zaty­tu­ło­waną Where’s My Shog­goth?. Niby mamy tu do czy­nie­nia z two­rem fabu­lar­nym ale ter­miny „książka” lub „komiks” nie pasują, kom­plet­nie do natury opi­sy­wa­nego przed­miotu. Słowo „dow­cip” wydaje się być bar­dziej odpo­wied­nie. Na pierw­szy rzut oka Gdzie mój Shog­goth? jest ele­gancko wydaną, ilu­stro­waną opo­wiastką dla dzieci… ale w prak­tyce oka­zuje się dość mroczną wyli­czanką potwo­rów mythosu, prze­wrot­nie sty­li­zo­waną na pro­dukt dla przed­szko­la­ków.

Przy­po­mina mi się sche­mat nawie­dza­jący nie­które hol­ly­wo­odz­kie kome­die — pro­du­cent wymy­śla poje­dyn­czy skecz, idzie do najem­nego sce­na­rzy­sty i każe bie­da­kowi zbu­do­wać wokół niego wie­lo­po­zio­mowy sce­na­riusz, mający umoż­li­wić sko­mer­cja­li­zo­wa­nie jego krót­kiej, spon­ta­nicz­nej myśli. Podob­nie można potrak­to­wać Where’s My Shog­goth?, jako kolejną odmianę dow­cip­nego kurio­zum, żart z od początku oczy­wi­stą dla odbiorcy puentą. Całość da się przy­swoić w nie­całe 10min a w kolejne 5 bez trudu wytrzą­snąć z pamięci.

Czy jest to jed­nak przed­miot bez­war­to­ściowy? Nie do końca. Trzeba, będąc uczci­wym, zwró­cić uwagę na sta­ran­ność z jaka został stwo­rzony. Ale naj­pierw najważniejsze…

Pomysł jest pro­sty: młody chło­piec, szczę­śliwy posia­dacz udo­mo­wio­nego Shog­go­tha odkrywa, że jego demo­niczny pupil wydo­stał się z klatki. Posta­na­wia odszu­kać ulu­bio­nego zwie… ulu­bioną istotę.

Poszu­ki­wa­nia mają kształt piel­grzymki do mrocz­nych zakąt­ków wszech­świata w towa­rzy­stwie kota oraz lewi­tu­ją­cego, kre­ślo­nego grubą czcionką, wier­szo­wa­nego tek­stu. Mamy tu sche­mat: kolo­rowa, zaj­mu­jąca 2 strony gra­fika - 2 stro­ni­cowy, mini­ma­li­styczny rysu­nek boha­tera czła­pią­cego w kie­runku kolej­nej loka­cji. Oczy­wi­ście w każ­dym z miejsc odwie­dza­nych przez upar­tego szkraba rezy­dują mon­stra znane z Love­cra­ftow­skich mitów. Ich opisy są - bar­dziej lub mniej - traf­nym pod­su­mo­wa­niem cech lub/i zacho­wań ilu­stro­wa­nych bestii. Gdyby taki prze­wod­nik potrak­to­wać poważ­nie, na wzór bestia­riu­szy z gier role-play, pod­szedł­bym do tej pro­duk­cji zupeł­nie ina­czej. Jed­nak tu zde­cy­do­wa­nie nie cho­dzi o prze­ka­za­nie infor­ma­cji, zbiór jest raczej skromny, pozba­wiony odno­śni­ków do opo­wia­dań.

Ilu­stra­cje są za to bar­dzo cie­kawe. I jest to chyba jedyny argu­ment, pod wpły­wem któ­rego można na poważ­nie prze­my­śleć zamiar zakupu tomiku. Gra­ficzny kom­pro­mis pomię­dzy humo­rem a hor­ro­rem nie jest pozba­wiony spe­cy­ficz­nego uroku, tym bar­dziej, że wizje Adama Bol­tona są dość mroczne. Na szcze­gólną uwagę zasłu­gują bar­dzo kli­ma­tyczne rysunki przed­sta­wia­jące, sta­no­wią­cego pod­stawę pokry­tej budyn­kami wyspy, Cthulhu oraz koń­czący opo­wieść szkic Shog­go­tha peł­zną­cego zgrab­nie zale­sio­nymi bez­dro­żami.

Tak jak napo­mkną­łem wcze­śniej tech­niczne walory WMS są nie do pod­wa­że­nia. „Ksią­żeczka” jest wydana dosko­nale. Papier i druk pre­zen­tują bar­dzo dobrą jakość. Grzbiet jest szyty a twarda oprawa ozdo­biona dodat­kowo „rzeź­bio­nymi” wypu­kło­ściami. Wewnętrzną stronę okładki zaj­muje pro­sta gra planszowa.

W pod­su­mo­wa­niu wypada więc odpo­wie­dzieć na pyta­nie: po co to w ogóle powstało? Przy­dat­ność dla laika jest żadna (dla miło­śnika jesz­cze mniej­sza), sce­na­riusz zni­komy, potwory mythosu wyrwane z ory­gi­nal­nego, tema­tycz­nego kon­tek­stu, okra­szone tylko kil­koma szczu­płymi linij­kami tek­stu nie dzia­łają na wyobraź­nię tak sku­tecz­nie jak proza ich archi­tek­tów. Wbrew cyto­wa­nym przez pro­du­centa w ramach reklamy recen­zjom, wyklu­czone, by na publi­ka­cji sko­rzy­stały dzie­ciaki; żaden odpo­wie­dzialny rodzić nie wypełni szafy swego potomka nową bate­rią potwo­rów (a i nie­od­po­wie­dzialny wolałby pew­nie oszczę­dzić na wymia­nie zawil­go­co­nych mate­racy).

Nie mówimy o zgryź­li­wym Gar­ga­melu czy sym­pa­tycz­nych boro­stwo­rach, ale o wypeł­nio­nych kłami pasz­czach bez­kształt­nych abo­mi­na­cji, o demo­nach, okul­ty­zmie i śmierci poda­nych w for­mie atrak­cyj­nej dla ośmio­latka. Jedyny logiczny, kon­su­mencki “tar­get” jaki przy­cho­dzi mi do głowy to wiel­bi­ciele gra­fiki będący jed­no­cze­śnie zago­rza­łymi miło­śni­kami prozy HP Love­cra­fta i jego kontynuatorów.

AUTOR RWilczur

Alkohol i tytoń spływa po mnie gładko, ale komiks ściska za gardło tym mocniej, im dłużej od niego stronię. A konsekwencje zażywania wspomnianego cholerstwa są straszne, okulary na długim nosie oraz siwiejąca w zastraszającym tempie broda. Jak żyć, powiedzcie sami? Otóż jest z sytuacji pewne - całkiem przyjemne - wyjście. Ukojenie daje klepnięcie na wygodnym leżaku i zamoczenie jednej kończyny w wartkiej rzeczce polskiego fandomu komiksowego.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[CYKL] Mity Cthulhu w Świecie Komiksu Cz. 7 – Ogar i Inne Opowiadania

Jeśli kopiowanie pracy poprzedników jest najwyższą formą pochlebstwa, oddania mangaki Tanabe Gou dziełom HP Lovecrafta …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *