PANTEON / CYKLICZNE / [CYKL] Mity Cthulhu w Uniwersum Komiksu Cz. 1 Alan Moore’s The Courtyard

[CYKL] Mity Cthulhu w Uniwersum Komiksu Cz. 1 Alan Moore’s The Courtyard

Jeśli „sie­dzi­cie” w komik­sach wystar­cza­jąco długo, i na tyle głę­boko, że zdarza Wam się czytać poświę­cone im inter­ne­towe strony, z pew­no­ścią zna­cie sce­na­rzy­stę Alana Moore’a, autora kilku kamieni milo­wych, zna­czą­cych kręte losy lite­ra­tury obraz­ko­wej. Wybacz­cie, ale nie będę stresz­czał szcze­gó­łów życia pisa­rza, ani przy­bli­żał przy­kła­do­wych publi­ka­cji z jego boga­tej biblio­teki. Sku­pię się wyłącz­nie na komik­sie The Cour­ty­ard oraz powią­za­niach tego dzieła z mitami Cthulhu.

Ostrze­gam od razu, że nazwi­sko Moore jesz­cze nie raz prze­czy­ta­cie w tek­stach doty­czą­cych powią­zań rysun­ko­wych histo­rii z pra­cami H.P. Love­cra­fta. Pisarz ten, w wielu stwo­rzo­nych na prze­strzeni lat scenariuszach, nawią­zy­wał do fikcyjnych mitów Wiel­kich Przedwiecznych. Muszę też wyja­śnić, iż Dzie­dzi­niec nie przy­szedł na świat jako sce­na­riusz komik­sowy – pier­wot­nie był to utwór pro­za­iczny. Opo­wia­da­nie The Cour­ty­ard chrzest wydaw­ni­czy prze­szło w 1995 roku, jako ele­ment tomiku The Starry Wis­dom: A Tri­bute to H. P. Love­craft (w Polsce wydano go pod tytułem Cienie spoza czasu). W 2003 roku Antony John­ston z rysow­ni­kiem Jace­nem Bur­row­sem (pod szyl­dem Ava­tar Press) prze­ło­żyli Dzie­dzi­niec na strony komiksu.


Cho­lerny Moore i ci jego Wielcy Przedwieczni…”


Szczę­śliwy jak nie­mow­lak na para­lotni (czyli tro­chę bar­dziej niż bar­dzo), ponie­waż w dło­niach trzy­mam komiks jed­nego z moich ulu­bio­nych auto­rów, czer­piący gar­ściami z dzie­dzic­twa Love­cra­fta uchy­lam okładki… i mija­jąc stronę tytu­łową dopada mnie pierw­sza, miła nie­spo­dzianka. Wyobraź­cie sobie, że Garth Ennis, jeden z najpopularniejszych, komik­so­wych sce­na­rzy­stów naszych cza­sów, jest zmu­szony napi­sać wstęp do dzieła swego naj­więk­szego kon­ku­renta. Ma nie lada zgryz. Z jed­nej strony jest za sprytny, by popa­dać w czo­ło­bitne, pochwalne tony, z dru­giej jed­nak jak naj­bar­dziej doce­nia rolę, którą autor Straż­ni­ków peł­nił i pełni nadal na wydaw­ni­czym rynku. Posta­na­wia podejść do tematu z typo­wym dla swych sce­na­riu­szy bez­czel­nym, prze­wrot­nym dow­ci­pem. „Przy­ozda­bia” kom­ple­menty pod adre­sem Moore’a sar­ka­stycz­nymi, kąśli­wymi docin­kami, jed­nak robi to na tyle umie­jęt­nie, że czy­tel­nik nie ma wąt­pli­wo­ści co do praw­dzi­wego prze­sła­nia żar­to­bli­wego tek­stu. Ta zabawna i nie­po­korna reko­men­da­cja była dla mnie nie­li­chym zasko­cze­niem. Nie ukry­wam, że z miej­sca nastro­iła mnie bar­dzo pozy­tyw­nie do dzier­żo­nego w stru­dzo­nych dło­niach zeszytu.

The Courtyard

Komiks liczy tylko 50 stron, ale pracy przy punk­to­wa­niu nawią­zań do H.P. Love­cra­fta mam co nie­miara. The Cour­ty­ard może wyda­wać się krótki, ale przed­sta­wiona w nim histo­ria prze­wleka czy­tel­nika przez całe oce­any hor­roru. Nie jest to byle jaka opo­wieść o dzier­żą­cym pistolet, nie­ustra­szo­nym kozaku, wesoło mie­rzą­cym w kie­runku bez­pru­de­ryj­nie uka­za­nych potwo­rów. O nie, to nie ten adres. Tym świa­tem rzą­dzi mon­strum daleko bar­dziej nie­bez­pieczne – umysł Allana Moore’a. Sce­na­rzy­sta dokład­nie wie w ramach jakiego gatunku two­rzy. Wie, że jego pod­sta­wo­wym zada­niem jest wywo­ła­nie kon­ster­na­cji, nie­po­koju a nawet stra­chu w – czę­sto obwa­ro­wa­nym murem scep­ty­cy­zmu – czy­tel­niku. Takiego celu nie reali­zuje się wyłącz­nie gra­ficz­nym uka­za­niem prze­mocy, potrzebna jest Idea obca i zara­zem bli­ska czło­wie­kowi; pomysł który zagnieź­dzi mózgo­wie odbiorcy lar­wami paranoi.

Tak, Moore znów tego doko­nał. Chwy­cił za ogony kul­to­wych Wiel­kich Przed­wiecz­nych i wyci­snął na papie­rowe stro­nice esen­cję ich ete­rycz­nych cielsk. Jed­nak z paten­tów Love­cra­fta nie czer­pał bez­re­flek­syj­nie. Prze­niósł akcję opo­wie­ści do cza­sów współ­cze­snych, uplótł prze­ra­ża­jącą intrygę pozo­sta­jąc ory­gi­nal­nym i w spo­sób genialny inter­pre­tu­jąc spu­ści­znę słyn­nego miesz­kańca Providence.


Poprzez srebr­nego klu­cza wrota…”


Więc co kon­kret­nie zasta­nie­cie na Cthu­licz­nym dziedzińcu:

Począt­kowe strony przedstawiają „boha­te­ra” histo­rii; pozna­jemy ame­ry­kań­skiego śled­czego Aldo Saxa. Na pierw­szy rzut oka jest on wyjąt­kowo anty­pa­tycz­nym osob­ni­kiem, rasi­stą, fru­stra­tem, skraj­nie nie­to­le­ran­cyj­nym wobec wszel­kich form odmien­no­ści. Jed­nak sek­cja Bro­oklynu zwana Red Hook, w któ­rej dzieje się akcja komiksu, rów­nież nie budzi dobrych sko­ja­rzeń. Stare znisz­czone budynki zamiesz­kują biedni, zde­spe­ro­wani ludzie. Ulice – sta­ran­nie uka­zane przez rysow­nika Jace­nena Bur­rowsa – wypeł­niają brudni, zobo­jęt­nieni nar­ko­mani, a głę­boko w miej­skim labi­ryn­cie kosz­marne istoty pie­lę­gnują kosmiczną tajemnicę…

W takim towa­rzy­stwie wady pro­ta­go­ni­sty dość szybko bledną i scho­dzą na drugi plan, tym bar­dziej że kry­mi­nalna zagadka, którą pró­buje roz­wi­kłać Sax, jest rów­nie cie­kawa co maka­bryczna. Agent spe­cja­li­zuje się w śled­czym sto­so­wa­niu tak zwa­nej „teo­rii ano­ma­lii”. Bada miej­sca i oko­licz­no­ści zbrodni, poszu­ku­jąc ele­men­tów wyraź­nie odsta­ją­cych od ogól­nego obrazu zasta­łej sytu­acji. Mogą to być rze­czy na pozór błahe; przy­kła­dowo co robi płyta roc­ko­wego zespołu The Ulthar Cats, w obszer­nej audio­tece maniaka kla­syki? Dla­czego w miej­scu rzezi doko­na­nej przez nie­po­zor­nego, rzadko stro­nią­cego od domu kujona zna­le­ziono wizy­tówkę klubu dla meta­low­ców? Co zdia­gno­zo­wany alko­ho­lik-anal­fa­beta miał zamiar zro­bić z worecz­kiem egzotycznego narkotyku? Zna­le­zione w miej­scach bliź­nia­czo podob­nych, okrut­nych rzezi ano­ma­lie, pro­wa­dzą boha­tera do muzycz­nego klubu Zothi­que, gdzie Johnny Car­cosa roz­pro­wa­dza tajem­ni­czy narkotyk…

Czy zna­jo­mość z eks­cen­trycz­nym, ukry­wa­ją­cym usta pod chu­stą deale­rem, dopro­wa­dzi Saxa do wyja­śnie­nia serii maka­brycz­nych mor­derstw? Czy pomoże detek­ty­wowi w zro­zu­mie­niu dziw­nej, panu­ją­cej w Red Hook atmos­fery? Fabu­lar­nych spoj­le­rów Dzie­dzińca nigdy byście mi nie wyba­czyli. Na te pyta­nia odpo­wie­dzi musi­cie poszu­kać w komik­sie. Pole­cam lek­turę wie­czorną porą.

The Courtyard


Przed­wieczni byli, Przed­wieczni są, Przed­wieczni będą. Nie w prze­strze­niach które znamy, ale pomię­dzy nimi…”


Opo­wieść ta prze­sy­cona jest ter­mi­nami, cyta­tami i loka­cjami, zapo­ży­czo­nymi z prozy Love­cra­fta (z początku może się to wyda­wać nad­uży­ciem, lecz ma klu­czowy sens arty­styczny i fabu­larny). Sceną dra­matu jest Red Hook – sek­cja nowo­jor­skiej dziel­nicy Bro­klin. To dość oczy­wi­ste nawią­za­nie do opo­wia­da­nia The Hor­ror at Red Hook (Kosz­mar w Red Hook). Cha­rak­te­ry­styczna dla tej noweli jest nie tylko nazwa ale i „land­marki”, takie jak Water­front Church (w któ­rym funk­cjo­nuje klub Zothi­que), Clin­ton Street oraz Governor’s Island. Umiej­sco­wiony w sta­rym kościele, muzyczny klub Zothi­que łatwo sko­ja­rzyć z tytu­łem cyklu opo­wia­dań Clarka Ash­tona Smi­tha, kore­spon­den­cyj­nego przy­ja­ciela Love­cra­fta i jed­nego z naj­cie­kaw­szych auto­rów, two­rzą­cych w ramach uni­wer­sum Cthulhu.

Roc­kowe zespoły wystę­pu­jące na sce­nie zmo­der­ni­zo­wa­nej świą­tyni, także ule­pione są z lite­rac­kiej gliny. Gwiazdą sąd­nego dla Saxa wie­czoru jest for­ma­cja Ulthar Cats (The Cats From Ulthar HPL 1926), sto­su­jąca w tek­stach pio­se­nek melanż języka angiel­skiego i antycz­nego, nie­zro­zu­mia­łego dla nie­wta­jem­ni­czo­nych beł­kotu. Liderka zespołu przed­sta­wia się imie­niem Ran­dolph Car­ter. Boha­ter obda­rzony tym mia­nem, czę­sto prze­wija się w utwo­rach HPL. Po raz pierw­szy poja­wił się w The Sta­te­ment of Ran­dolph Car­ter (Zezna­nia Ran­dol­pha Car­tera), póź­niej gościł minn. The Unna­ma­ble (Nie­na­zwane) i The Dream Quest of Unk­nown Kadath (W poszu­ki­wa­niu nie­zna­nego Kadath). Tytuł, wyko­ny­wa­nego przez „koty” w obec­no­ści Saxa utworu, brzmi „Zann Waria­tions”. Erich Zann, stary, nie­miecki skrzy­pek opi­sany jest w noweli The Music of Erich Zann (Muzyka Eri­cha Zanna).

Grupa zażywa oraz pro­muje sto­so­wa­nie tajem­ni­czego nar­ko­tyku zwa­nego „Aklo”. Ter­min ten wymy­ślony został przez pisa­rza Artura Machena a Love­craft zapo­ży­czył go mię­dzy innymi w opo­wia­da­niach The Dun­wich Hor­ror i The Haun­ter of the Dark. Ulthar Cats sup­por­tuje zespół The Yel­low Sign. „Żółty znak” jest dzie­łem pisa­rza Roberta W. Cham­bersa i odnosi się do kultu istoty zwa­nej Hastu­rem („Tym któ­rego imie­nia nie należy wyma­wiać”, „Nie­opi­sa­nym”). Love­craft po prze­czy­ta­niu zbioru opo­wia­dań Cham­bersa, prze­ży­wał okres fascy­na­cji jego dzie­łami. Imię tego tajem­ni­czego stwo­rze­nia poja­wiało się w towa­rzy­stwie innych, demo­nicz­nych two­rów autora (The Whi­spe­rer in Dark­ness). Dziś Hastur jest powszech­nie roz­pa­try­wany, jako element demo­nicz­nego pan­te­onu Wiel­kich Przedwiecznych.

Yel­low Sign raczy słu­cha­czy pio­senką „Leng”. Słowo to okre­śla pła­sko­wyż, któ­rego zgod­nie ze zda­rze­niami opi­sa­nymi w dzie­łach „Samot­nika z Pro­vi­dence” można odwie­dzić, zarówno w świe­cie snów, jak i na pla­nie mate­rial­nym (Cen­tralna Azja). Sam tytuł komiksu nawią­zuje do cyklu 36 napi­sa­nych przez Love­cra­fta sone­tów, zebra­nych w tomie zaty­tu­ło­wa­nym Fungi From Yug­goth (“Grzyby z Yug­goth”). The Cour­ty­ard jest IX sone­tem tego lite­rac­kiego zbioru.

The Courtyard


Naj­star­szym i naj­po­tęż­niej­szym uczu­ciem zna­nym czło­wie­kowi jest strach…”


Nie jest to nawet połowa peł­nego bia­łego złota skarbca nawią­zań do chthu­licz­nej mito­lo­gii. Znaki star­szych bogów gęsto przy­ozda­biają ulice Red Hook i jej miesz­kań­ców. Na ścia­nach wiszą pełne kosz­mar­nych wizji obrazy eks­cen­trycz­nego mala­rza Richarda Uptona Pick­mana (Model Pick­mana) a prze­ra­ża­jąca klą­twa, która dotknęła nad­mor­skie mia­steczko Inn­smo­uth, wciąż ciąży na ludz­ko­ści, niczym nie­za­bliź­niona, ropie­jąca rana.

Rysunki Jace­nena Bur­rowsa pasują do kli­matu opo­wia­da­nia lepiej, niż cyfry do kalen­da­rza. Każda nakre­ślona linia pod­kre­śla zamie­rze­nia gra­fika. Tam gdzie jest to uza­sad­nione, nie­zwy­kle obra­zowo uka­zuje sceny maka­bry, ale robi to inte­li­gent­nie, zgod­nie ze szcze­gó­łami opi­sa­nymi w sce­na­riu­szu. Wszyst­kie posta­cie, które pozna­jemy pod­czas roz­woju fabuły, obda­rzone są zesta­wem sta­ran­nie nary­so­wa­nych cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. I ostat­nie (naj­waż­niej­sze) Bur­rows wspa­niale radzi sobie z uję­ciem w gra­ficzne formy Love­cra­ftow­skiego panteonu. Lek­tura Dzie­dzińca będzie nie­sa­mo­witą frajdą dla fanów HPL. Budzące sko­ja­rze­nia z prozą porów­na­nia, któ­rymi Moore prze­są­czył swe dzieło, przy­jem­nie łech­tają próż­ność miło­śni­ków mythosu. Czy to zna­czy, że osoby nie mające dotych­czas przy­jem­no­ści obco­wa­nia z dzie­łami pisa­rza, powinny omi­jać Red Hook i jego oko­lice? Abso­lut­nie nie, bo choć naj­więk­szą zabawę z komik­sem będą mieli fak­tycz­nie czy­tel­nicy Love­cra­fta to The Cour­ty­ard jest pierw­szo­rzęd­nym hor­ro­rem, któ­rego prze­żyć powinni wszy­scy zwo­len­nicy gatunku.

Tekst powstał pod wpły­wem lek­tury czarno-białego trade paper­backa Alan Moores The Cour­ty­ard i suple­mentu The Cour­ty­ard Com­pa­nion, zawie­ra­ją­cego opo­wia­da­nie Moorea, surowy sce­na­riusz John­stona oraz obszerny indeks przy­pi­sów. Obec­nie zdo­być można opra­wioną w twarda okładkę edy­cję, łączącą oba te wyda­nia – co bar­dzo polecam. Pod­su­mo­wu­jąc, The Cour­ty­ard jest pozy­cją mającą olbrzymie szanse spodobać się fanom uni­wer­sum Cthulhu i całego gatunku hor­roru. Mamy tu świetną płasz­czy­znę gra­ficzną, bar­dzo dobrze ufor­mo­wany sce­na­riusz oraz solidne walory tech­niczne (skromnego objętościowo) wyda­nia. Z czy­stym sumie­niem popy­cham Was w kie­runku tego lite­rac­kiego roju macek.

AUTOR RWilczur

Alkohol i tytoń spływa po mnie gładko, ale komiks ściska za gardło tym mocniej, im dłużej od niego stronię. A konsekwencje zażywania wspomnianego cholerstwa są straszne, okulary na długim nosie oraz siwiejąca w zastraszającym tempie broda. Jak żyć, powiedzcie sami? Otóż jest z sytuacji pewne - całkiem przyjemne - wyjście. Ukojenie daje klepnięcie na wygodnym leżaku i zamoczenie jednej kończyny w wartkiej rzeczce polskiego fandomu komiksowego.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Promethea: Księga Pierwsza

Patrząc na ofertę polskich wydawców komiksowych, można odnieść wrażenie, że bibliografia Alana Moore’a to worek …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *