PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Batman. Ostatni rycerz na Ziemi

[RECENZJA] Batman. Ostatni rycerz na Ziemi

Im więcej miałem za sobą zeszytów Last Knight on Earth, tym bardziej miniseria Scotta Snydera przypominała mi inny z dystopijnych komiksów o Batmanie, a mianowicie The Dark Knight Strikes Again Franka Millera. W obu uznani scenarzyści przenieśli przygody Człowieka Nietoperza w groteskową, niemal wyrwaną z koszmarów przyszłość, w której cyberpunkowa estetyka mieszała się z postapokaliptyczną. Zarówno jeden, jak i drugi, zaatakował czytelnika krzykliwymi kolorami, odważnymi reinterpretacjami popularnych postaci oraz dziwacznymi pomysłami na fabułę, których nigdy nie udałoby mu się zrealizować w ramach właściwego uniwersum DC. O ile jednak kontynuacja The Dark Knight Returns stała się tematem żarliwych dyskusji i szeregu rozmaitych omówień, o tyle nie przypuszczam, by podobny los spotkał dzieło Snydera. Kilka dni po jego drugiej lekturze na nowo zapominam, o czym było, i co chciało powiedzieć.   

Historia Ostatniego rycerza na ziemi – jak pozostałe pozycje z linii DC Black Label – rozgrywa się w alternatywnym świecie, ale łatwo wyobrazić ją sobie jako finałowy rozdział albo epilog dziesięcioletniego runu twórcy Trybunału Sów i Śmierci rodziny. Dzięki zaangażowaniu przez Snydera ekipy znanej z jego poprzednich komiksów, złożonej z rysownika Grega Capullo, tuszera Jonathana Glapiona i kolorysty FCO Plascencii (co zawsze gwarantuje bardzo wysoki poziom oprawy graficznej), jak i sięgnięciu po stworzonych przez nich bohaterów oraz wykorzystaniu wątków, które wspólnie latami rozbudowywali, czuć jakby miało się do czynienia z sequelem.  

Snyder stara się bawić tutaj z oczekiwaniami odbiorców, żonglując gatunkami. Komiks rozpoczyna się jak klasyczna, detektywistyczna opowieść o Batmanie, który próbuje rozgryźć kolejną zagadkę Gotham. Następnie, niczym Azyl Arkham lub Joker: Killer Smile (tytuł z DC BL, który jako Joker: Zabójczy uśmiech ukaże się w Polsce w listopadzie, również nakładem Egmontu),  romansuje z psychologicznym thrillerem, a scenariusz zaczyna budzić skojarzenia z wałkowanymi w kółko fanowskimi teoriami. Gdy ten segment dobiega końca, Ostatni rycerz na ziemi skłania się i ku postapo w stylu Mad Maksa, i ku zombie horrorowi, i ku ambitniejszemu science fiction o sztucznej inteligencji, by finalnie nakierować się na tory bliższe wspomnianemu cyberpunkowi. Efektem jest stylistyczny miszmasz. Świat przedstawiony wykazuje spory potencjał, ale żadna z lokacji, w które autor zabiera Batmana, nie zostaje głębiej zeksplorowana. W dłuższej superbohaterskiej serii mogłyby one stanowić powiew świeżości, ale upchnięte w trzech powiększonych zeszytach są prowadzącymi donikąd popisami wyobraźni scenarzysty.

Zastanawiam się na ile Ostatni rycerz… chodził Snyderowi po głowie od dawna, a na ile był po prostu zbiorem odrzuconych pomysłów, które nie zmieściły się w jego Metalu i Death Metalu. Niektóre z nich zdają się bowiem gryźć z tym, co pokazał tam. Jednocześnie nie odbiegają od siebie na tyle, by nie mogły funkcjonować w granicach jednego świata. Przykładowo designy postaci pozwalają podejrzewać, że te projekty Capullo, których nie użyto w Metalu, przeszły z czasem do Last Knight on Earth. W tak zbliżonym są klimacie.

Odnoszę wrażenie, że Scott Snyder dotarł już do takiego punktu swojej kariery w DC, w którym traktuje Batmana jak własny folwark i zależy mu przede wszystkim na tym, by tworzyć historie, sprawiające frajdę jemu samemu, a niekoniecznie czytelnikom. Bynajmniej nie mam o to do niego pretensji, wszak uczciwie wypracował sobie tak mocną pozycję w wydawnictwie, ale ja z tego rozpędzonego bat-pociągu wysiadam, nim przyprawi mnie o mdłości.

Moja osobista niechęć do recenzowanego tytułu nie oznacza oczywiście, że nie znajdą się tacy, którzy kupią Metal czy Ostatniego rycerza na ziemi z całym ich dobrodziejstwem inwentarza. Jeśli tak, jak naczelny scenarzysta przygód Człowieka Nietoperza, lubicie wysokooktanową akcję i szalone koncepty wylewające się z kadrów, a od komiksów oczekujecie czystego eskapizmu, nie powinniście się zawieść. 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Batman. Klątwa Białego Rycerza

Po niedawno wydanym Tokyo Ghost czy wcześniejszych Chrononautach i Przebudzeniu to kolejny komiks Seana Murphy’ego, jaki można opisać zdaniem fenomenalne rysunki, dużo słabsza fabuła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *