PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [Recenzja] Batman. Klątwa Białego Rycerza

[Recenzja] Batman. Klątwa Białego Rycerza

Sean Murphy jest nie tylko świetnym rysownikiem, ale również niezłym rozmówcą. Jeśli nie mieliście okazji poznać go od tej strony, to polecam zapoznanie się z wywiadami, ale możecie też poszukać na YouTube filmiku o tytule Tour of SGM’s studio. Zgodnie z nazwą Murphy oprowadza w nim po swoim miejscu pracy i nie szczędzi przy tym opowieści o rzeczach go inspirujących. W parze z przyjemnym dla odbiorcy gawędziarstwem nie idzie niestety talent do tworzenia w pełni satysfakcjonujących scenariuszy.

Ogromny hit, jakim okazał się Batman. Biały Rycerz, cierpiał na tę samą bolączkę, co wcześniejsza historia autorstwa Murphy’ego. Zarówno Punk Rock Jesus jak i przywołana opowieść o Jokerze i Jacku Napierze oferowały intrygujący pomysł wyjściowy, by po pewnym czasie rozczarować znacznym spadkiem formy. W przypadku Klątwy Białego Rycerza sprawa ma się nieco inaczej. Mam nadzieję, że nie pomyśleliście teraz o dojrzewaniu Murphy’ego jako scenarzysty i wzroście poziomu tworzonych przez niego fabuł. Co to to nie! Tym razem zawód po obiecującym początku przychodzi jeszcze szybciej.

Do miasta Gotham, gdzie równie ważne co walka z przestępczością i korupcją są batalie wewnętrzne prowadzone przez Batmana i Jokera, przybywa kolejny jegomość ze swoją krucjatą. Ta wymierzona jest w Bruce’a Wayne’a, a kolejnym krzyżowcem w najbardziej podłym mieście w Stanach Zjednoczonych został nikt inny jak sam Azrael. Na wierzch wychodzą skrywane od pokoleń tajemnice, a śmierć przychodzi również i po postacie ważne dla świata Mrocznego Rycerza. W jednej z takich sytuacji miałem silnie wrażenie, że dany bohater został uśmiercony wyłącznie dlatego, że twórcy mogli to zrobić. Ani nie było dużej potrzeby, by wprowadzić go do opowieści, a skoro już do tego doszło, to jego odejście było jeszcze mniej zrozumiałe.

To zresztą najmniejsza bolączka Klątwy Białego Rycerza. Większy problem stanowią nijakość rozwiązań fabularnych, nie do końca przekonujące motywacje bohaterów oraz pozornie istotne wątki koniec końców niemające większego znaczenia dla całości. I choć komiksu nie mogę nazwać jakąś spektakularną katastrofą, to z żalem stwierdzam, że te odwiedziny Gotham były pozbawione wyrazu. Ot, opowiastka, którą poznawałem bez ekscytacji, na szczęście też bez zniechęcenia, a każdy główny zwrot mógłbym skwitować popularnym memem z Jeremym Clarksonem – Oh no! Anyway…

Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby komuś lektura Klątwy… dostarczyła całkiem przyjemnych doznań. Z pewnością znajdą się osoby zainteresowane grzebaniem w przeszłości rodziny Wayne’ów. Powodów do marudzenia nie będą też mieć spragnieni krwi czytelnicy, którzy tylko czekają na odejście jakiejś ważnej postaci. Komiks Murphy’ego powinien przypaść też do gustu miłośnikom filmowej Trylogii Mrocznego Rycerza, bowiem oba tytuły cechuje ponury nastrój i nacisk położony na pseudorealizm. Zadowoleni powinni być także tropiciele wszelkiego rodzaju nawiązań i gościnnych występów – z tych ciekawszych warto wspomnieć o pojeździe Batmana rodem z filmów Burtona oraz pojawieniu się Jasona Blooda.

Pomarudziłem trochę, ale są też rzeczy, za które komiks należy pochwalić. Pierwszą i najbardziej oczywistą są rysunki Seana Murphy’ego. Każdą planszę studiowałem z zachwytem i tylko dla warstwy graficznej mam ochotę wrócić do tej opowieści. Świetnie spisał się też kolorysta. Hollingsworth od dłuższego czasu kojarzy mi się równie dobrze co Elizabeth Breitweiser czy Dave Stewart, a swoją pracą przy klątwie tylko potwierdził, że jest jednym z lepszych w swoim fachu.

Drugą jest dodatkowa historia nazwana przez Murphy’ego wyciętą sceną. Batman. Biały Rycerz przedstawia Von Freeze jest wyprawą w przeszłość Mr Freeze’a i muszę przyznać, że ten zeszyt specjalny czytało mi się znacznie lepiej od głównych. Być może Murphy lepiej czuje się w krótkiej formie, gdzie nie ma miejsca na rozwleczenie całości i spadek poziomu. Rysownik Von Freeze’a także podołał zadaniu. Poza tym dobrze było ponownie zobaczyć rysunki Klausa Jansona i nie miałbym nic przeciwko kolejnym tytułom współtworzonym przez obu artystów.

Po niedawno wydanym Tokyo Ghost czy wcześniejszych Chrononautach i Przebudzeniu to kolejny komiks Seana Murphy’ego, jaki można opisać zdaniem fenomenalne rysunki, dużo słabsza fabuła. Pozostaje mieć nadzieję, że do czasu kolejnej części Białego Rycerza, ostatni panel i pojawienie się pewnej znanej postaci sugerują nadejście kontynuacji, rysownik nieco dopracuje swój warsztat i dostarczy nam opowieść, która przyciąga uwagę czymś więcej niż tylko świetną warstwą graficzną i ciekawym pomysłem wyjściowym.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za dostarczenie egzemplarza do recenzji.

AUTOR Smok

Człowiek udający, że jest smokiem albo smok udający, że jest człowiekiem. Jeszcze nie zdecydował, które z powyższych jest prawdą. Nałogowo opowiada o "Gwiezdnych wojnach", czyta komiksy i wciąż nie wyzbył się dziecięcego pragnienia zmieniania świata na lepsze.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Toń

Toń to już trzeci tytuł z wydawanej pod szyldem DC linii Hill House Comics, który …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *