PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Avengers: Wojna bez Granic

[RECENZJA] Avengers: Wojna bez Granic

Dziesięć lat i osiemnaście filmów. Najnowszy, dziewiętnasty, podnosi stawkę trzeciej fazy Kinowego Uniwersum Marvela do kosmicznych wymiarów. Avengers: Wojna bez Granic nie kończy się oczywistym rozstrzygnięciem, jak to wcześniej bywało, pozostawia nas (poniekąd) w niepewności i strachu o przyszłość naszych ulubionych postaci i ich fascynującego świata. Bracia Russo wraz z Jamesem Gunnem, Christopherem Markusem oraz Stephenem McFeelym stworzyli widowisko, które jeszcze długo pozostanie najlepszym odnośnikiem w kategorii kina superbohaterskiego.

Tak wcześnie po premierze, nie ma się co szczegółowo rozpisywać o fabule filmu. Jedyne, co trzeba wiedzieć, to że prawie wszyscy znani nam dotychczas superherosi (oprócz Ant-Mana i Hakweye’a) łączą siły, aby pokonać największego jak dotąd przeciwnika. Szalony Tytan, Thanos, zbiera Kamienie Nieskończoności, licząc na zwieńczenie swej wielkiej misji przywrócenia równowagi we wszechświecie.

No i właśnie, Thanos. Postać, która jest jednym z największych plusów tego wielowątkowego filmu. Wybierając go na głównego przeciwnika, Feige i reszta pewnie nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo fani boją się, że skończy on jak Malekith, czy niesławny Mandaryn. Dzierżący tytuł najlepszego złoczyńcy MCU Loki został brutalnie zepchnięty ze swojego asgardzkiego tronu. Thanos jest złoczyńcą, którego nam brakowało i którego chcieliśmy od samego początku zobaczyć. Jak tylko ujawnia swoje intencje, wiemy, że w jego szaleństwie jest zrozumiała metoda. Walka o zasoby, przeludnienie, wpływ jaki istoty żywe wywierają na swe otoczenie, o tych sprawach dyskutuje nie tylko popkultura, podobnymi dylematami zajmują się także uniwersytety i międzynarodowe instytucje. Thanos (jak wielu złoczyńców przed nim) znajduje na ten problem sprawiedliwą, w jego mniemaniu, receptę – ludobójstwo. Jednak by „problem” rozwiązać w skali kosmicznej, musi zdobyć wszystkie Kamienie Nieskończoności. Artefakty od dawna obecne w kinowym uniwersum Marvela.

Wojna bez Granic to zaprawdę jeden z największych crossoverów w historii.

Co jest tu nowością, przełamującą rutynę dość prostych założeń fabularnych? Przede wszystkim sposób w jaki scenarzyści i reżyserzy poprowadzili trudną do atrakcyjnego zniuansowania postać. Mimo oczywistych kłopotów w narracyjnym przedstawieniu olbrzymiego, klockowatego przybysza z kosmosu, twórcom udaje się z biegiem fabuły sprzedać go widzom jako emocjonalnie złożonego krzyżowca, noszącego na swych barkach wyimaginowaną (bądź prawdziwą) odpowiedzialność za przyszłość wszechświata. Pchanego do przodu przekonaniem, że tylko żelazna wola jest w stanie wpłynąć na jego losy. Thanos posiada wszystkie cechy perfekcyjnego, komiksowego złoczyńcy, jest dla bohaterów wyzwaniem fizycznym, utrzymuje z nimi emocjonalną więź (miejscami bardzo silną) i ma środki, by zagrozić światu… w sposób jakiego widzowie wcześniej nie widzieli. Z każdą minutą, aż do samego finału, jego moc rośnie, a do tego od pewnego momentu coraz  łatwiej jest nam spojrzeć na całą sytuację jego oczami.

A to przecież nie jedyny przeciwnik jaki został rzucony na „celuloidową” arenę. Czarny Zakon, czyli 4 komiksowi wojownicy Thanosa także stanowią olbrzymią atrakcję. Choć reżyserzy zdołali rozwinąć tylko Mawa, jego partnerzy błyszczą w scenach akcji, a towarzysząca im ekspozycja jest zredukowana do minimum, przez co całość wydaje się bardziej naturalna. Nikt tu niepotrzebnie nie szafuje wykrzyczanymi pseudonimami (reklamując linię plastikowych figurek), co świetnie działa na odbiór relacji bohaterów z nieznanym i niezainteresowanym przesadnymi konwenansami najeźdźcą.

Jeden z momentów, w których zdajesz sobie sprawę, że Thanosa interesuje nie tylko destrukcja. Potrzebuje czegoś jeszcze.

Kolejny spory plus to czas poświęcony każdej grupie/postaci oraz pokazanie relacji jakie zachodzą między nimi. Potyczki 2 filmowych egotyków, Starka i Doktora Strange’a, to dopiero początek. Zdruzgotany Thor plus dowcipni Strażnicy? To jeszcze nic! Czuć chemię między każdą z postaci jakie widzimy na ekranie, bez względu na to, czy spotykają się pierwszy raz, czy już się wcześniej na siebie trafiły. Widzę w tym rękę nie tylko braci Russo, Markusa i McFeely’ego. Nie bez powodu przy Wojnie bez Granic pomagał również James Gunn i to najprawdopodobniej w części jego zasługa.

Film ma jednak kilka wad. Thor został ponownie zredukowany do blond mięśniaka (czemu mu to zrobili?!), który poziomem IQ wyprzedza tylko Hulka. Humor, wylewający się z tego filmu hektolitrami, miejscami jest bardzo naciągany i nie na miejscu, szczególnie w scenach mających chwytać za gardło (kiedy się ten Marvel nauczy…). Sztucznie przeciąga akcję  i miejscami irytująco przerywa jej płynny bieg. Mało tego, jedna z postaci zauważalnie, traci w warstwie dramatycznej nawet przez dość udane żarty. Pomimo faktu, że są to jedne z najśmieszniejszych momentów całego seansu, bohater w ich centrum zostaje obrany z jeszcze cenniejszej, z punktu widzenia kinomana, cechy.
Tom Holland nie wszędzie dorównuje warsztatem aktorskim do poziomu starszych kolegów, co jest dość zrozumiałe. Niestety można mieć czasem wrażenie, że Thanos zbyt selektywnie korzysta z nowo nabytych mocy, w zależności od tego, co akurat pasuje do fabularnego wybiegu.

Bruce, och, Bruce…

Przede wszystkim jednak Avengers: Wojna bez Granic to film za krótki (tak, tak, wiemy że to najdłuższa produkcja cyklu). Tak dużo postaci oraz wątków wymaga odpowiedniego czasu, rozwinięcia oraz zakończenia. Sama koncepcja podsumowania osiemnastu filmów w dwóch, wydawała się niemal niemożliwa do zrealizowania. Scenarzyści i bracia Russo dali z siebie niemalże wszystko, miejscami czuć jednak, że coś nas omija przez tak szybkie tempo, niektórym bohaterom i bohaterkom czegoś brakuje, w kilku miejscach sami musimy sobie dopowiedzieć co działo się „za kurtyną”.

Ciężko jest jednak ująć te niedociągnięcia w końcowej ocenie. Wojna bez Granic jest eventem tak masywnym (który dalej trwa, bo przed nami część druga), iż te wszystkie małe minusiki znikają w falach miodu raz za razem zalewających nas z ekranu. Jest zrealizowany z takim przepychem, wyobraźnią, tak doskonałą choreografią akcji, że przekonać o tym możecie się tylko samemu w kinie. Podzielono go na tyle zrozumiałych i przejrzystych wątków, realizowanych w tylu lokacjach, że nawet na chwilę nie poczujecie nudy.  To film komiksowy, na który czekali wszyscy, nie tylko fani postaci i kinowego uniwersum.

Iron Spider FTW!

Zaprawdę powiadam Wam, Avengers: Wojna bez Granic to pozycja obowiązkowa w tegorocznym harmonogramie komiksowych adaptacji. Siedźcie do końca napisów, bo dodatkowa scena odgryzła też większy niż zwykle kawałek budżetu.  Przede wszystkim jednak, warto zobaczyć ten film dla samego Thanosa, Josh Brolin dał tu niezły popis, wspomagany tak barwnym scenariuszem wykreował postać, która będzie filarem kina superbohaterskiego jeszcze na lata do przodu. Bardzo byśmy chcieli podzielić się z Wami naszymi spostrzeżeniami i domysłami dotyczącymi zakończenia oraz spekulacjami o dalszych losach bohaterów, ale poczekamy z tym aż wszyscy odwiedzicie kina, bo uwierzcie nam kochani WARTO.

Autorka: Maja Rybak + kilka skromnych zdań dodał RWilczur

AUTOR Maja Rybak

Chce dołączyć do składu Zaginionych Chłopców. Kiedy tylko może zanurza się w popkulturowym oceanie filmów, seriali, komiksów oraz książek. Kocha swojego syna, Tony'ego Starka, i będzie go bronić do końca życia.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Deadpool 2

Pyskaty Najemnik wraca z większym budżetem, bardziej odjechaną akcją i ekipą u boku. Czy Deadpool 2 to …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *