PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Doctor Strange: Przysięga

[RECENZJA] Doctor Strange: Przysięga

Stephen Strange, to bez wątpienia niezwykle istotna postać w kontekście Uniwersum Marvela jako całości. Był obecny przy wielu znaczących wydarzeniach, które zmieniały status quo zarówno Ziemi, jak i całego wszechświata. Postać wrzucano co jakiś czas w tło co istotniejszych historii wydanych w ramach WKKM, ale nigdy nie był on ich elementem kluczowym. Mimo jego niewątpliwego prestiżu, czytelnicy Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela musieli czekać aż 55 numerów aby najpotężniejszy z magów mógł pojawić się w solowym tomie. Czy warto było czekać?

Doctor Strange: Przysięga już od pierwszych stron nie korzysta z żadnych półśrodków. Stephen zostaje postrzelony prosto w pierś, przez zamaskowanego napastnika. Oczywiście ktoś o umiejętnościach i wiedzy – w tym tajemnej – Doktora Strange’a, nie ugiąłby się przez zwykłą kulą. Nabój wykonany ze szczerego srebra, wystrzelono z prywatnego pistoletu Adofla Hitlera. Po wstępnej interwencji medycznej, mając za towarzyszy osobistego asystenta – Wonga i Nocną Pielęgniarkę – medyka wszystkich superbohaterów, Strange wyrusza w podróż, aby odkryć tożsamość swego niedoszłego zabójcy.

Nastrój całego tomu i opowiedzianej w nim historii niezwykle przypadł mi do gustu. Protagonista w pierwszych rozdziałach nie jawi się jako typowy mag, a raczej ktoś na kształt paranormalnego detektywa. Scenarzyście (Brian K. Vaughan) widocznie zależało na takim profilu postaci, bo niejednokrotnie wkłada w usta bohaterów bezpośrednie odniesienia do Sherlocka Holmesa. Dzięki temu autor potęguje wrażenie, iż heros jest fachowcem/tropicielem. Jasno kreśli kryteria, w jakich mamy widzieć naszą postać (może to tylko moje przesadne spekulacje, ale nie zdziwię się, jeżeli komiks ten był istotnym czynnikiem, decydującym o obsadzeniu Benedicta Cumberbatcha w roli głównej nadchodzącego filmu).

W fachu detektywistycznym Dr Strange radzi sobie całkiem nieźle. Ulokowanie bohatera w sytuacji, która wymaga od niego zarówno inteligencji jak i sprytu, uświadamia czytelnikowi, że nie będziemy mieli do czynienia z płytką bijatyką. Nie są to może intrygi, które wprowadzą nas w nieustające uczucie konsternacji, ale wyjaśnień nie ma tu podanych na tacy. Ubolewam jednak nad tym, że wiele elementów finałowego rozstrzygnięcia zostało pokazanych dopiero w ekspozycyjnym monologu pod koniec tomu. Gdyby podawać czytelnikowi i bohaterom niewielkie tropy, prowadzące do kulminacji, historia nabrałaby kolorytu.

Żeby nie było, nie uważam ostatniego aktu za słaby. Wręcz przeciwnie. Doctor Strange serwuje nam występ pełen charyzmy i psychologicznej głębi. Atmosfera jest gęsta, a rozwiązanie większości wątków satysfakcjonujące. Inne postaci, co prawda nie nudzą ani nie irytują, ale nie dorastają do poziomu złożoności emocjonalnej protagonisty. Wong ma w swojej historii nutę dramatyzmu, która jest istotna dla fabuły, ale czytelnika porwać wcale nie musi. Jest on w dużej mierze motorem do działań bohatera tytułowego, ale wątek potraktowano to bardzo „po macoszemu”.

Kilka linijek ekspozycji, malutkie wstawki w czasie głównej akcji i happy end na koniec. Sytuacja nie ma się lepiej w przypadku Nocnej Pielęgniarki. Ma ona w sobie sporo potencjału, i mimo że nie jest typową damą w opałach, pointa jej relacji ze Stevenem  jest okropnie przewidywalna i wymuszona. Całość mogłaby wypaść lepiej, gdyby do historii postanowiono dołożyć jeszcze jeden zeszyt, i przez zwiększenie objętości wpleść dyskretnie elementy rozwijające charaktery bohaterów drugoplanowych. Najlepiej na tym tle, prezentuje się antagonista. Ma za sobą pewną przeszłość, ma cel o dyskusyjnym wymiarze etycznym, a punkt kulminacyjny jest dla niego wymagający.

Doctor Strange The Oath

Estetyka na szczęście broni się sama. Wizerunek Doctora Strange’a to przez większość tomu standardowa szata z czerwoną peleryną, ale nadal prezentuje się w porządku. W kilku zeszytach, Stephen wymienia ją jednak na prosty płaszcz, co nadaje mu swego rodzaju urbanistyczną estetykę. Wpasowuje się to w ton początkowej części „Przysięgi”. Również rysy twarzy naszego mistyka postanowiono dostosować do ogólnego klimatu opowieści.

Dla tych mniej rozeznanych lub spostrzegawczych: to Vincent Price – gwiazda filmów grozy (w szczególności wytwórni Hammer z lat 50-70). Miał on na tyle klasy i renomy, by perfekcyjnie wpasować się w aparycję fikcyjnego Doctora Strange’a. Postaci nie ulegają rysowniczej deformacji, a ich ruchy i reakcje są zgrabnie dostosowane do okoliczności. Artysta Marcos Martín rozrysował kadry bardzo konsekwentnie. Dynamiczna akcja cieszy oczy, a plenery, czy zbliżenia, pozwalają płynąć narracji w odpowiednim tempie. Osobiście poświeciłbym nieco więcej czasu na cieniowanie, aby uzyskać nieco poważniejszą, bardziej stonowaną  paletę barw.

Reasumując, Doctor Strange: Przysięga to zaskakująco przyjemna, dostarczająca świetnej rozrywki lektura. Zarówno sama postać Stephena, jak i wprawnie nakreślony, lekko detektywistyczny ton opowieści, stanowią przydatną przerwę w epickich rozmiarów przygodzie, będącej standardem Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Dla osób, które nie miały z tą postacią zbyt wiele do czynienia (a jestem pewien, że znajdzie się ich dość sporo wśród polskiej, komiksowej braci), będzie to przystępny początek przygody z Doctorem Strangem.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Paper Girls – Tom 5

Kiedy tempo twojego życia wyznaczają zmiany w pracy, prace zaliczeniowe i kolejne recenzje do napisania, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *