PANTEON / IMPREZY / FESTIWALE / [FELIETON] Dzień Darmowego Komiksu 2016

[FELIETON] Dzień Darmowego Komiksu 2016

W tym akapicie będzie krótka notka o przemijaniu. Tyle lat na karku, a imprezy w Bibliotece Uniwersyteckiej eskalują z coraz większą fantazją z roku na rok. Łza się w oku kręci na wspomnienia z Comics Wars, czy Dnia Darmowego Komiksu. Gdzieś jeszcze świta coś o Dniu Batmana, lecz nigdy nie ośmieliłem się wziąć wolnego by tam dotrzeć. Ten stary gmach w centrum miasta trzyma się lepiej ode mnie i aż miło mi się robi na sercu wiedząc, że nawet gdy mój czas minie, to jego progi przekroczą setki gości, czy to zbierających komiksy, czy bijących się na uniwersa.

W tę majową sobotę, gdy słoneczko zdawało się promienieć z radości, tłumy gości ignorowały te niezwykle pozytywne zjawiska pogodowe. Ja również. O wiele więcej szczęścia dawało mi obserwowanie zjawisk społecznych, jakie można było zaobserwować w kolejce po darmowy komiks. Sznur ludzi pięknie się prezentował zwłaszcza z góry, gdzie wzrok cieszyła pętelka, jaka się zrobiła na schodach, rozciągała masy ludzkie dalej w głąb piętra. Tam na końcu także pojawiłem się ja, ale nie sam. Tak zacne wydarzenie ściągnęło mojego znajomego współpracownika wraz z młodszym, najbliższym, którego ten starał się na przyszłość ustawić jako wyedukowanego nerda. Stąpając do przodu, podziwialiśmy damy wracające, by jeszcze raz ustawić się w kolejkce. Stosik komiksów w magiczny sposób sprawił, że zwyczaj będący wstydem za komuny, tutaj był symbolem dobrej zabawy. A okładki wydań były różnorodne. Najatrakcyjniejsze dla młodych dusz były okładki z Suicide Squad, Civil War II, czy Assassin’s Creed. Te dwa ostatnie powędrowały do naszych rąk. Nowa odsłona wojny bohaterów cieszyła znajomego, równie mocno co mnie komiksowa seria o znanych skrytobójcach.

Na uwagę zasługuje tu specjalne wydawnictwo Biblioteki Uniwersyteckiej. Z okazji Dnia Darmowego Komiksu, tworzy ona tzw. DarmoZin. Publikacja stworzona, by promować komiks jako formę wyrazu artystycznego. Parę miesięcy wcześniej odbywała się rekrutacja, każdy mógł wysłać swoje dzieło i zaistnieć. Z tej okazji skorzystał również nasz redaktor, który napisał scenariusz a jego panna go zilustrowała. Oprócz amatorów, pojawiły się w nim także prace polskich artystów, których mogliście spotkać na imprezie, dlatego Zin sprawdza się świetnie do łapania autografów. Ma też inną funkcję, o czym przekonała mnie moja siostra rok wcześniej – świetnie służy jako… kolorowanka.

Darmowe powieści graficzne walały się też na stoisku Multiversum, gdzie gromadziło się całkiem dużo osób. Spotkałem tam nawet asasynów, który jednak podobnie jak ja najbardziej cieszyli się z upolowania darmówki z komisową serią od Titan Books. Stoisko to trudno było przeoczyć, mijało się je idąc do sali na prelekcje. A tych było sporo. Te dotyczące komiksu zajmowały aż 3 różne pomieszczenia. Jednak najważniejsza była ta duża. A tam już na starcie rozpoczęła się prelekcja o Aquamanie. Postać jak nie trudno się domyślić, od początku ubabrana była w w ekstremalnie prowizorycznie. O poziomie bohatera świadczył jego przyjaciel, ośmiornica Kato. Cóż mogę powiedzieć, oglądając kiedyś Smallville, też widzieliśmy postać Aquamana. Zadziwiające jest to, że tam była przedstawiona niesamowicie poważnie i redefiniowała bohatera po burzliwej przeszłości. Oglądając obecnie Arrowa i te wszystkie głupoty, można się wczuć w taki klimat jaki panował w pierwszych przygodach Arthura.

Następna prelekcja była ciekawsza. Wyobraźcie sobie, że nagle zeszyty DC Comics sprzedają się fenomenalnie, choć początkowo tylko w wersji cyfrowej. Niespodziewanie zrodziła się kura znosząca złote jaja. I to nie byle jaka. Gra Injustice: God Amongs Us rozpoczęła coś nieoczekiwanego. To wielki fenomen. Uniwersum, które przebiło wszystko co było do tej pory. Autorzy starali się nie walić spoilerami na prawo i lewo, choć trudno było emocjonować się tym światem, bez zdradzenia choćby części niezwykłych twistów fabularnych, jakie zaserwowali nam autorzy. A było ich wiele.

Akcja zeszytów komiksowej adaptacji zaczyna się pięć lat przed wydarzeniami w grze. Każdy rok to jeden sezon. Numery wydawane były w chapterach. Jeden rok to około 40 chapterów. Każdy rok ma swój motyw przewodni. Rok pierwszy to wprowadzenie, drugi to konflikt z latarniami. W trzecim roku postawiono na postacie magiczne. W czwartym na złoczyńców. W ostatnim roku dopinano wszystko, by było tak jak w grze. Co ciekawe, seria komiksów powstawała oddzielnie, wydawana przed DC Digital. Fabułę gry wymyślili ludzie z NetherRealm, a nie znani scenarzyści komiksowi.
Polecana wersja gry, to Ultimate Edition, gdzie zawarte są dodatkowe postacie takie jak Lobo, Zatanna, czy Martian Manhunter. Co ciekawe gra najlepiej rozwija się na rynku mobilnym, gdzie ma wielu sympatyków.
Komiks zaoferował czytelnikom coś, czego jeszcze na tym rynku nie było: wprowadzane poprawki. To zjawisko znane z gier. Taki urok wersji cyfrowych. Komiks wychodził bardzo szybko, miał wielu rysowników, więc poprawki okazały się zbawieniem.
Została też kwestia balansu. W jaki sposób Green Arrow może walczyć z Supermanem? Komiks również to wyjaśnił. Okazało się, że Lex Luthor wymyślił specjalne kryptońskie kapsułki, dające na godzinę moce takie jakie miał Superman.
Para prowadząca: Weronika Kordeusz i pan ukrywający się pod ksywką Uncle Mroowa zakończyła prelekcję w bardzo pesymistyczny sposób. W ostatnim wielkim evencie w komiksach DC – Convergence, gdzie toczy się pojedynek różnych światów, jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobiono było… zniszczenie uniwersum Injustice.

Później spotkałem Śmierć. Czarną Śmierć. Drzumę. To moja ukochana Śmierć. Lubiłem ją jeszcze gdy nie znałem Sandmana. Same grafiki mrocznej panny wystarczyły żebym ją pokochał. A teraz spotkałem ją na żywo i… zaprowadziła mnie ona w pewne miejsce. Na stoisko Sol Invictus. Siedział tam Piotr Czarnecki. Jego towarzysz, Łukasz Ciżmowski miał szczęście, że go nie było. Nie musiał on oglądać jak Drzuma dobiera się do scenarzysty Incognito
To wydarzenie odcisnęło piętno na mej psychice. Stałem w sali, gdzie bezbronne dzieci używały kredek nie do mordowania, a tworzenia bohomazów. Zapytałem Śmierć czy też mogę. Mając w pamięci dobro jakie tworzy Super Pyra (taka maskotka poznańskich cosplayerów) oraz pracę jaką wykonuje siostra Morfeusza, z mych rąk powstał niewdzięczny bachomaz. Zaniosłem go Piotrkowi, a ten był zachwycony. Pod koniec dnia nawet poprosił mnie o autograf pod nim. Poczułem się przynajmniej tak jak się czują gwiazdy podpisujące się pod swoimi dziełami.

Dzień Darmowego Komiksu jawi się mi jako impreza idealna. Masa polskich twórców, cosplayerzy (w tym Don Mario straszący ludzi w kostiumie komiksowego Groota), darmowe egzemplarze, a jak ktoś chciał, to mógł kupić nawet coś z rabatem w jednym z wielu sklepów. Niestety, impreza ma też jedną wadę – zabija ją własna zajebistość. Celebracja tylko jednodniowa, a atrakcje są tak ciasno poupychane, że niektóre po prostu mogą komuś przejść bokiem niezauważone. Chodzi mi tu o program. Jak wspomniałem były aż trzy sale z prelekcjami komiksowymi. Kończyło się to niestety dylematem, gdzie być w danej chwili żeby czegoś nie przegapić. Jeśli ktoś lubi japońszczyznę, to miał jeszcze gorzej, kolejne prelekcje do selekcjonowania. Gdy o godzinie 14:00 opóźniał się konkurs, to przypadkiem znalazłem się w innej salce. Może to i dobrze, rok temu wygrałem, wystarczy. Nie sądziłem, że coś będzie w stanie odciągnąć moją uwagę. A tak właśnie się stało i nieoczekiwanie powróciły wspomnienia.

Dawno, dawno temu, moja matka pracowała jako bibliotekarka. Często wędrowałem do niej po szkole. Taka trochę mniejsza biblioteka, niż ta Uniwersytecka, ale miała czytelnię. A w niej (prawicowcy, lepiej wyjdźcie) Gazeta Wyborcza. Ten wydawany przez pana Michnika periodyk, co tydzień oferował dodatek dla dzieci. Taki nie byle jaki, dla nas całkiem miluśki. Nazywało się to coś Komiksowo i jak sama nazwa mówi, były w tym komiksy. Jednym z nich, całkiem zgrabnym, był Tymek i Mistrz. Pewnie sobie myślicie, że to bajeczka i jesteście na nią za starzy. Macie rację. Żałowałem, że nie było przy mnie Gądzia, naszego redaktora lubiącego takie rzeczy. Byłby w ósmym niebie.

Dotyczący tego motywu panel mógł ściągnąć wielu najmłodszych. Tak też było. Zaskoczyło mnie ilu dorosłych znalazło się na sali. Czy znaleźli się tam przypadkiem, a może ściągnęło ich coś więcej? W każdym razie prelegent ciekawie opowiadał o Rafale Skarżyckim i Tomaszu Lwu Leśniakowi, którzy znali się od czasów Jeża Jeżego, później na zlecenie Gazety Wyborczej, wymyślili niezwykle ciekawą serię. Spodobała się ona wydawcy i co tydzień zaczęli dostarczać nowy odcinek.
Po latach część albumów została wydana przez wydawnictwo Egmont. Wydano połowę z 200 odcinków opublikowanych w Komiksowie, zebranych w sześciu tomach. Seria była tak sławna, że zahaczyła nawet o pewne belgijskie pismo, a ponadto przygody bohaterów pojawiają się w podręcznikach do języka polskiego. Obecnie ich perypetie wydaje Kultura Gniewu, bardzo ładny tom. Dzięki temu seria przeżywa teraz renesans. A marka będzie tylko rosła, gdyż na jej licencji powstaje animacja. Premiera w 2017 roku.

Nie będę streszczać fabuły, czy opisywać bohaterów, jak to było omawiane. Później nastąpiło na panelu coś nieoczekiwanego. Okazało się, że dystrybutor powstającej animacji udostępnił premierowy odcinek i widzowie mogli go obejrzeć! Podziękowania należą się dla studia Spinka, dzięki któremu mogliśmy go zobaczyć. Powtórzę jeszcze raz, „Gądziu, gdzie jesteś?”. Bajkę puszczają, a naszego redaktora od animacji ani widać, ani słychać. Na szczęście nie jest mi potrzebna jego opinia. To co zobaczyłem było nawet ciekawe. Taka krótka, ale śmieszna historyjka, jak Tymek próbuje zostać uczniem Mistrza. Ten morał, gdy się nie poddaje i zwalcza wszelkie trudności, by po wielu niepowodzeniach zostać docenionym. Moralizatorskie były także motywy współpracy z potworami i innymi dziwnymi stworami. Wszystko to zostało przedstawione tak zabawnie, że na sali śmiały się nie tylko dzieci, ale też dorośli. Zapowiada się cichy hit.

Po wyjściu z lekkim opóźnieniem wleciałem ponownie na dużą salę komiksową. Znacie to uczucie, ludzie słuchają, skupieni i skoncentrowani, a tu nagle drzwi się otwierają… Akurat prowadzący mówił o złożach vibranium występujących w Wakandzie i jak się okazało w komiksach, nie tylko tam. Już wiedziałem, że mamy powrót do sytuacji z Aquamanem. Prowizorka tym razem z Afryki. Wszystko kiedyś było prowizorką. Choć jak się okazało, nowsze części są nawet całkiem strawne.
Jednak Black Panther to bohater powstały głównie w ramach równouprawnienia. Postrzegany był przede wszystkim jako reprezentant rasy czarnej. Powstały po rewolucji amerykańskiej, był pierwszym samodzielnym czarnoskórym superbohaterem. Tocząca się dziesiątki lat walka udała się aż za bardzo – ktoś na sali był zdziwiony, że Nick Fury kiedyś był biały. Nie mają czym się ludzie przejmować, kolor skóry dla mnie nie ma znaczenia, więc ucieszyłem się jak prelekcja o rasistach i superzaawansowanej Wakandzie, gdzie ludzie mimo technologi i tak mieszkają w szałasach się skończyła, bo później pojawiło się coś lepszego.

Sandman to taka klasa postaci, że spodziewałem się pełnej sali, braku miejsca, ludzi bijących się o możliwość posłuchania o Morfeuszu. Niestety, zapełnione pomieszczenie z prelekcji o Black Pantherze się opróżniło. Widać po tym, że niewielu ludzi potrafi docenić legendę, a woli masówkę. Jednak optymistycznie przyjmijmy wersję, że zbyt doświadczeni przez to uniwersum fani, polecieli na spotkanie grupy Kult Kultury Komiksu, odbywającej się w tym czasie gdzie indziej. Prelegent opowiadał o różnych inspiracjach, które wpływały na Gaimana na stworzenie ponadczasowego dzieła. Sam prowadzący nieświadomie wtopił, nazywając Nieskończonych teminem Przedwieczni (nawet w opisie prelekcji pada ten termin). Jednak psychofani z sali prędko zwrócili uwagę na to, że Przedwieczni to u Marvela. Nie znaczy to, że prelegent nie znał się na rzeczy. Wręcz przeciwnie.
Opowiadał on dużo o poprzednich Sandmanach. Opowiadał o tym jak Gaiman tworzył nieśmiertelne postacie, które mają moce bogów i bawią się w ludzi. A ich wygląd wzorowany był na… gwiazdach rocka. Sandman miał wyglądać jak Dawid Bowie, czy nawet jak młody Bono. Również u Śmierci można zauważyć powiązania z modą lat 80-tych. Neil Gaiman w końcu zaczynał swoją karierę jako dziennikarz muzyczny. Z kolei Delirium jak się okazało, wcale nie jest wzorowana na przyjacióce Gaimana, Tori Aimos. Nie znali się wtedy, gdy ją tworzył. Prelegent pięknie i z pasją opowiadał o podobieństwach do muzyków czy aktorów z dawnych lat, którzy posłużyli jako wzór dla postaci, np. Lucyfer wyglądający jako współczesny David Bowie. Słowa prowadzącego pięknie hipnotyzowały osoby na sali, pełne opisów, własnych przemyśleń i z podanymi grafikami. Następnie prelegent skupił się na powiązaniach ze światem komiksu.
Postać Destiny, jedyny nieskończony nie wymyślony przez Gaimana, a pojawił się w komiksach DC już w latach 70-tych. Jest to przykład postaci z komiksów, które pojawiły się wcześniej. Gaiman nawiązywał mocno szczególnie do serii Swamp Thing (która zainteresowała go komiksem, jak i Hellblazer. Postać kruka Mathew była w końcu najważniejszym pomostem między seriami. Z kolei Constantina Morfeusz spotkał już w jednej z pierwszych historii, a czytelnicy Hellblazera dobrze wiedzieli w którym momencie serii to się zdarzyło.

Sandman, jako seria zakorzeniona w komikach DC, niesamowicie mocno czerpał z tego świata. DC równie mocno trzymało serię w ryzach. Wiele z postaci pojawiało się wcześniej w komiksach grozy. Lucień, Trzy Wiedźmy, Kain i Abel… Wszyscy mieli występy wcześniej w seriach horrorowych. Serie niszowe, trzecioplanowe postacie, które nikogo nie obchodziły, więc Gaiman mógł używać tych ich wizerunku bez ograniczeń. Pilnowano bardzo spójności, widać to np. w miejscu gdzie piekło wygląda tak, jak w serii Hellblazer. DC bardzo pilnowało żeby uniwersum było spójne – taki okres po kryzysie na nieskończonych ziemiach.
Długo jeszcze można by opowiadać o różnych nawiązaniach przytoczonych na prelekcji, związanych z postaciami historycznymi, czy mitologiami. Zwłaszcza nordycką, gdzie postacie Thora i Odyna oddano tak wiernie mitologii, że fani z Norwegii przesyłali Gaimanowi listy z podziękowaniami. A my dziękujemy Tomaszowi Kozłowskiemu, że stworzył taką fajną prelekcję.
Fani Sandmana musieli odwiedzić też jeszcze jedno miejsce. Na piętrze, gdzie ulokowała się obwoźna czytelnia komiksów, znajdował się potężny artefakt. Księga Losu. Jest to duża szafka, przepięknie zdobiona i co najważniejsze, zawierająca konkretną zawartość. Upchnięto tam nie tylko wszystkie polskie tomiki, ale także te grube, nieskazitelnie pociągające, wywołujące nieustanne westchnienia edycje Absolute oraz specjalne wydania z didaskaliami.

Po prelekcji poszedłem przywitać się z kolejnym znajomym. Spotkaliśmy też Don Maria, który zaciągnął nas do lochów. To w podziemiach, gdzieś za starymi archiwami, w salach jak z horroru, znajdowały się szatnie dla cosplayerów. Okazało się, że również to archiwum jako bazę upatrzyła sobie ekipa asasynów, którzy pasowali tutaj doskonale. Tylko znajomy nie przestawał mnie zawstydzać – nie słyszał nic o serii Assassin’s Creed

Pod koniec dnia, w dużej sali zorganizowano wspólne śpiewanie piosenek z kreskówek. Choć za stary jestem na takie coś, to nawet dla mnie wydawało się to bardzo sympatyczne. Sprzedawca ze sklepu KiK, mającego stoisko naprzeciwko sali, trochę się krzywił słysząc jak ludzie fałszują. Na szczęście śpiewający klientów nie odstraszali.
Już parę razy wspominałem tu o trudnych wyborach. Także ostatnia godzina nie sprzyjała decyzjom. Posłuchać co mangowcy opowiadają o Czarodziejce z Księżyca? Bajkę lubiłem w młodości, więc panel wydawał się nawet atrakcyjny. Podobnie jak spotkanie z twórcami komiksu Yorgi, lecz na takim byłem już kiedyś w Łodzi. Pozostało mi tylko posłuchać co ma do powiedzenia pewien wpływowy człowiek na polskim rynku wydawniczym.

Aaron Welman, już w czasach szkolnych był wizjonerem. Wyobrażał sobie, że kiedyś zostanie wydawcą komiksów. Jednak marzenia odłożył on gdzieś na bok i poświęcił życie robieniu kariery. Stał się dziennikarzem. Jednak osiągnięcie sukcesu na tym polu mu nie wystarczało, chciał czegoś więcej. Pewnego dnia obudził się i postanowił iść w nową stronę. Założył więc biuro tłumaczeń, które dało mu wymarzoną niezależność. Gdy więc zadzwonił do niego znajomy z gimnazjum, Dariusz Stańczyk, mówiąc, że ma scenariusz do komiksu, reszta stała się już formalnością.
Tak wyglądały początki wydawnictwa Sol Invictus, którego szef postanowił podzielić się z publicznością swoimi doświadczeniami w skomplikowanym procesie wydawania komiksów. Zwracał on uwagę, że małe szczegóły mogą być bardzo groźne. Jedną z pierwszych rad było podpisywanie umów. Nie wiadomo, czy Aaron ma z tym jakieś przykre doświadczenia, ale podstawową sprawą stało się dla niego mieć wszystko na piśmie, gdyż nieporozumienia mogą zniszczyć najlepsze przyjaźnie.
Licencje też bywają groźne. Nawet takie sprawy jak czcionki mogą spowodować kłopoty. Nie wystarczy używać „timesa new romana”, czy „comic sansa”, trzeba zdobyć licencje komercyjne. Taką kupuje się na dany tytuł. Przynajmniej w wersji papierowej. Ważną licencją jest też wykupienie praw do postaci. Jednak sam Aaron tego nie stosuje, ma bardziej partnerskie stosunki i zawarte umowy gwarantują podział zysków z autorami.

Kwestie zarobków oczywiście są tajemnicą, jednak nikogo nie szokuje że w Polsce zarabia się na tym niewiele. Aaron ma inne źródła dochodów, jednak jego zdolności organizacyjne pozwoliły mu nawet wydawać komiksy bez straty.
Podawał on również jakie nakłady mają różne komiksy w Polsce i we Francji tak, by lepiej nakreślić sytuację jeśli chodzi o liczby. Jednak on nie ma zamiaru się porównywać z Zachodem.
Aaron zwracał też uwagę na zobowiązanie jakie nałożono na wydawców przez ustawę. Mają oni obowiązek bezpłatnie wysyłać swoje produkty do bibliotek. Minimum dwa egzemplarze. Na pewno do Biblioteki Narodowej oraz Jagiellońskiej. Powinno się także wysłać egzemplarze do bibliotek wojewódzkich. Aaron oczywiście spełnia ten brutalny obowiązek i radzi czytelnikom żeby pamiętać o tym, bo biblioteki mogą się upomnieć o swoje nawet po wielu latach.

Komiksy powinny mieć numery ISBN, dzięki temu są brane jako książki. Ma to swój plus, czyli niższy vat niż gdyby zarejestrować komiks jako czasopismo. Dzięki temu można dużo zaoszczędzić, mimo obowiązku wysyłania komiksów do bibliotek.
Aaron ostrzegał także przed kwestią za ciemnych stron. Takie można często zobaczyć m.in. w tomach WKKM, czy Gigantach. Zawsze lepiej wydrukować próbki najciemniejszych stron żeby uniknąć takich niespodzianek.
Co do drukarni, Aaron odradzał korzystać z usług w dużych aglomeracjach. Ceny w nich są zupełnie inne. Aaron znalazł drukarnię pod Warszawą, która zaproponowała aż 3 raz mniejszą kwotę. Oczywiście nie opłaca się drukować w mniejszej ilości. Norma wśród debiutantów to podobno 300 sztuk, jednak lepiej od razu zainwestować w 1000 sztuk, gdzie różnica wynosi tylko 300 zł. Komiksy Sol Invictus są drukowane w ilości właśnie 1000 sztuk, plus kilka egzemplarzy zapasu na materiały recenzenckie.

Aaron nie chciał startować poprzez różne portale crowfundingowe. Podjął on ryzyko, zainwestował własne oszczędności. I dobrze na tym wyszedł. Wstrzelił się w wznoszącą falę boomu na polskie superhero, gdzie wcześniej wyszedł Biały Orzeł, czy Incognito. Udało mu się wyjść na plus już po 2 tygodniach po wydaniu komiksu. Ubolewa też, że inni nie mają tyle szczęścia.
Aaron jak widać lubi dzielić się z innymi własnym sukcesem. Jeśli rysujecie komiksy do szuflady, albo chcecie prowadzić własne wydawnictwo, a szukacie jakiejś sympatycznej osoby, która dała by Wam parę porad, to wiecie już do kogo się zwrócić.

Dzień Darmowego Komiksu to odpowiednik „święta” mającego miejsce w USA. Odbywa się ono w pierwszą sobotę maja. W Polsce, na początku maja obchodzimy swoje święta, lecz w tym roku przesuwanie terminu imprezy tego powodu w naszym kraju nie było konieczne. To naprawdę wspaniałe, że podobnie jak amerykanie, czy ludzie z zachodniej części świata, także w u nas mamy namiastkę tego wydarzenia. Jeśli dalej będziemy je popularyzować w taki sposób jakim jest impreza w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, to być może, za parę lat w świadomości ludzi zaistnieje ono tak jak walentynki czy halloween. Dziękujemy wszystkim organizującym imprezę za ten niesamowity dzień.

NIESAMOWITA GALERIA ZDJĘĆ Z IMPREZY

Autor: Adolf

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Zapraszamy na Comics Wars 2017!

Serdecznie Was zapraszamy do uczestnictwa w Poznańskim festiwalu fanów komiksu! Poniżej kilka niezbędnych informacji udostępnionych …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *